Sudety 2014

sut1

W ostatnich dniach w naszej szkole panował widoczny zamęt. Słychać było jakieś szepty po kątach, ludzie pokazywali coś palcami. Na tablicy ogłoszeń pojawiła się nowa kartka. Wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na najgorsze. Tak! Uczniowie klas pierwszych pojechali na wycieczkę. A z nimi, co logiczne, kilka nauczycielek. Kto? Kto pojechał? Wszyscy w zaciekawieniu czekali na werdykt. Kogo ominą lekcje? Kto będzie miał okienka, zastępstwa? Wszystko miało się niedługo wyjaśnić. Uczniowie tworząc przedziwną hybrydę, czytali plan. Poniedziałek… Ale to przecież wiecie. Jednak zanim zabrzmiał pierwszy dzwonek, jacyś tajemniczy osobnicy, o szarych, zmęczonych twarzach, jęcząc „spaaać” i targając wielkie walizy stanęli pod szkołą. To właśnie o nich jest ta opowieść.

A było to tak…

Spotkaliśmy się w umówionym miejscu o (prawie) umówionej godzinie. Nikt się (prawie) nie spóźnił. Czasem pojawiały się tragiczne wyznania „Boże, zaspałam”, „Myślałam, że nie zdążę”, „Pies mi zwymiotował”, na szczęście punktualnie o 6.00 byliśmy pod szkołą. Jednak coś było nie tak. Plecak? Jest. Portfel, dokumenty? Też. Buty? Są. Żelazko? Wyłączone. Kevin? Sam w domu. Olśnieni nagłą myślą, spojrzeliśmy na autobus, szukając tam wyjaśnienia zagadki. Ale autobusu nie było. Po krótkim wyjaśnieniu: ”Trochę się spóźni” wróciliśmy do swoich spraw, tzn. omawiania aktualnej i zapowiadanej pogody, przeżywania naszych porannych wzlotów i upadków, poprawiania suwaków w torbach oraz innych równie ciekawych, jak i pożytecznych czynności.

Autobus nadjechał.

Jeszcze ostatnie pożegnania, pociąganie nosem, białe chusteczki… A potem padła komenda: ”Zajmij miejsce!”

Chwile grozy przeżywaliśmy, gdy torby nie mieściły się już do schowka. Potem jednak Pan Pilot magiczną formułą: „Ale tam jest jeszcze jeden” otworzył nam trzeci bagażnik.

Zapakowani, po zajęciu miejsc, odjechaliśmy patrząc na oddalające się mury szkoły.

Podróż upłynęła w dość sennej atmosferze, przy nieśmiałych rozmowach. Wprost proporcjonalnie do czasu ludzie zaczęli powoli się dobudzać. Za Mińskiem Mazowieckim zmienił nam się kierowca – wsiadł Pan Zbyszek. Na dobry początek puścił nam film ”Vinci”. Potem, przez całą wycieczkę obejrzeliśmy jeszcze trochę klasyków, takich jak: „Chłopaki nie płaczą”, „Kariera Nikosia Dyzmy”, „Wesele” czy „Poranek Kojota”. Było kilka sikpauz po drodze, ale o tym raczej nie ma co wspominać.

Około 15.00 dojechaliśmy do Wrocławia. Pełni entuzjazmu (aha…) chłonęliśmy atmosferę miasta rozszerzonymi od gorąca porami. Trochę czasu minęło nam na szukaniu parkingu, wreszcie jednak wysiedliśmy, szczęśliwie witając stały grunt pod nogami. Na horyzoncie majaczyła nam się Panorama Racławicka. Oto i ona. Ale właściwie co? Łopatologicznie, jak ktoś powiedział, wielką beczką z wymalowanymi ścianami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna w radosnych podskokach, po rozżarzonym asfalcie pobiegła zwiedzać Wrocław, druga w cieniu budynku czekała na godz. 16.00. Weszliśmy. Oznajmiono nam, że jest to muzeum o ruchu prawostronnym. Zdaliśmy plecaki i ustawiliśmy się grzecznie w pary. Przez ciemny korytarz z tajemniczymi napisami CISZA! SILENCE! dotarliśmy do końca.

I wtedy znaleźliśmy się w środku bitwy.

Wokoło biegali żołnierze, matki płakały, ojcowie krwawili, starcy modlili się, konie niosły jeźdźców, wokół unosił się pył, kurz, śmierć i strach, a my nadal byliśmy tu i teraz. Obraz był niezwykle szczegółowy, przedłużony prawdziwymi skałami, ruinami i drzewami. Na pierwszy rzut oka, nie można było odróżnić rzeczywistości od płótna.

I tu czekała na nas niespodzianka. Mieliśmy przejść kilka kroków, uwaga, w lewo! Niedoczekanie. Wyszliśmy znów kierując się prawą stroną korytarza. To najpewniej był spisek.

Dołączyliśmy do drugiej grupy, tworząc znów spójną całość. Podążaliśmy szlakiem krasnoludków, cmentarzy, piwnic świdnickich, kamienic pod kolorowymi słońcami i dziwnymi panami aż do godziny 18.00, kiedy druga grupa się odłączyła by podziwiać Panoramę. W tym czasie my zwiedziliśmy galerię, ku uciesze wszystkich (może prócz tej drugiej grupy).

Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że Panorama Racławicka zdecydowanie jest cudowna. Niektórych dzieło przyprawiło nawet o zawrót głowy. Jednak nie czekaliśmy na karetkę i skierowaliśmy się do autokaru, kuszeni obietnicą klimatyzacji. Bo trzeba wspomnieć, że w poprzedzających wycieczkę tygodniach modliliśmy się by było ciepło. Następnym razem musimy ustalić jakiś limit tych modlitw, bo rzeczywiście było ciepło, bardzo, bardzo ciepło, tak w porywach do 35 stopni.

Dojechaliśmy do Karpacza, zakwaterowaliśmy się, szybkie mycie rąk i obiadokolacja. Podano flaki, które były pomidorową oraz ziemniaki al dente z mielonymi w sosie własnym i z marchewką. Wróciliśmy do pokoi, gdzie odkryliśmy taras łączący nasze pokoje. Taras był wspaniały!

sua5

Drugiego dnia poznaliśmy Pana Przewodnika z „deszczownikiem”, który oprowadzał nas po Pradze. Praga jest w Czechach, jest tam dużo różnych zabytków, takich jak katedry, trójwymiarowe delty, ratusze, winnice, ogrody, Japończycy, rynki, fontanny itp. Mieliśmy tam być do 22.00. Po joggingu w południe mogliśmy liczyć na kilka przystanków przy wodopojach. Poznaliśmy też pewne pokrewieństwo pomiędzy pawiami, a dziewczynami. Taki trzeci, wspólny język. Cały czas podążaliśmy za widokiem parasolki, która chyba nieco wyblakła w promieniach praskiego słońca, ale zobaczyliśmy kilka rzeczy, o których potem można opowiedzieć dzieciom. I tak: Most Karola, na którym w kilku miejscach można było pogłaskać płaskorzeźby w oczekiwaniu na przypływ energii, Złotą Uliczkę, na której widzieliśmy sympatyczną wystawę narzędzi tortur i fajnych zbroi, oraz Ratusz ze swoimi dwunastoma apostołami. Udaliśmy się też do restauracji „Czeska kuchnia”, gdzie większość zgodnie wybrała tradycyjne, czeskie dania: ziemniaki z kurczakiem + cola lub też ziemniaki ze schabowym + cola.

Na zakończenie dnia obejrzeliśmy spektakl światło – dźwięk fontanny Krizikova pod tytułem „Carmen”. Było dużo tańca, pasji, muzyki, miłości, zazdrości, nienawiści, jakiś nóż i kilka innych fajnych rzeczy.

Wybiła 22.00. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu odjechaliśmy.

Nocna podróż z Pragi do Karpacza minęła niesamowicie szybko. W autokarze można było z każdej strony można dostrzec śpiących licealistów – z głowami obijającymi się o szybę lub nogami zawieszonymi na siedzeniu sąsiada. Sporadycznie można było jednak usłyszeć pytania: „Kto ma coś do jedzenia/picia?”.

Przed godziną 2.00 w nocy zjawiliśmy się nieopodal naszego pensjonatu. Najpierw jednak trzeba było się wdrapać na górkę, następnie pokonać schody, co niekiedy sprawiało sporo kłopotów. Wreszcie w pokoju. Idziemy się kąpać! Tak, tak, wszyscy naraz! Woda zimna… Wreszcie spełniły się marzenia o lodowatym prysznicu, które każdy miał w głowie podczas pobytu w Pradze, kiedy żar lał się z nieba prosto na nas.

W środę śniadanie było później niż zazwyczaj. Mimo to, wszyscy byli niewyspani z powodu obecnych w każdym pokoju nocnych imprez, odgłosu suszarek do włosów i wszechobecnych śmiechów.

Po śniadaniu oraz obowiązkowej wizycie w „Biedronce”, w celu uzupełnienia zapasów, udaliśmy się z nowym Przewodnikiem w kierunku świątyni Wang. Po stromym podejściu naszym oczom ukazał się malowniczy, skandynawski kościółek. Weszliśmy do środka i poznaliśmy jego historię. Przed świątynią mogliśmy podziwiać okazałe różaneczniki, przy których zdjęciom nie było końca. Mieliśmy okazję ujrzeć także grób Tadeusza Różewicza.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było urokliwe Skalne Miasto – Adrspach w Czechach. Podziwialiśmy skały, które przypominały rozmaite rzeczy – rękawicę, dywan, słonie, a nawet parę zakochanych. Największą atrakcją pobytu w Skalnym Mieście była przejażdżka łodzią (Titanicem) po jeziorku skalnym, do którego droga prowadziła przez bardzo wąskie, strome schody. Tratwa momentami się kołysała, co powodowało wzmożone wydzielanie adrenaliny. Pan, który wiosłował opowiadał nam z czeskim akcentem historie mrożące krew w żyłach. Podobno mieliśmy już nie wrócić do Łosic. Na wysepce wśród traw widzieliśmy Michaela Jacksona przed pierwszą operacją plastyczną oraz rodzinę Kaczyńskich na wakacjach. Nie zabrakło oczywiście Krecika. Co chwilę wybuchaliśmy śmiechem. Po zaskakująco szczęśliwie zakończonym rejsie (wszyscy cali i zdrowi) udaliśmy się do wodospadu, gdzie Pan Przewodnik kazał nam krzyczeć: „Karkonoszu, daj nam wody”. Po kilku głośnych wrzaskach niespodziewanie lunęła wielka woda.

sua1

Zmęczeni i optymistycznie nastawieni perspektywą powrotu do autokaru w bardzo niedługim czasie przeżyliśmy rozczarowanie. Okazało się, że musimy pokonać jeszcze dużo schodków, schodeczków pod górę. Zlani potem, ledwo, ale dotarliśmy. Skierowaliśmy się do wyjścia z rezerwatu, gdzie czekał na nas czas wolny i… toalety.

W drodze powrotnej z Adrspachu odwiedziliśmy mały sklepik, w którym każdy pozbywając się czeskich banknotów zaopatrzył się w słodkie rarytasy – czekolady, cukierki, orzeszki i żelki. Podczas oczekiwania w długiej kolejce, czasu na zaplanowanie zakupów było wystarczająco dużo.

Podróż do Karpacza upłynęła, jak zwykle – miło, każdy był zasłuchany w opowieści Przewodnika o historiach tamtejszych miejsc. Gdy dotarliśmy do pensjonatu, z wielkim zapałem pobiegliśmy na obiadokolację. Byliśmy niesamowicie zaskoczeni, gdy ujrzeliśmy na stole marchewkę. Ponadto, dla odmiany, był rosół. Na drugie danie oprócz dobrze już znanych nam ziemniaków oraz napoju w kolorze jasnoczerwonym podano „paseczki” z piersi kurczaka. Były smaczne, bardzo.

Kolejna bezsenna noc, a rano błagalne „budziku, jeszcze nie teraz”. Ale trzeba było się spakować… Po śniadaniu i zakupach („Biedronka”) włożyliśmy bagaże do autokaru i odjechaliśmy w kierunku Śnieżki. Było chłodno. Wreszcie!

20 – minutowa przejażdżka jednoosobowym wyciągiem krzesełkowym na Kopę minęła towarzysko, gdyż krzykom i rozmowom pomiędzy jadącymi nie było końca. Wraz z nasza bardzo sympatyczną Panią Przewodnik udaliśmy się do celu, którego nie było widać. Panowała mgła, wszechobecna mgła…

Wybraliśmy trudniejszy, ale krótszy szlak wspinaczki. Nie minęło dużo czasu, a bardzo tej decyzji żałowaliśmy. Trasa była niesamowicie męcząca, ale znalazło się kilku takich, którzy zdecydowali się przebiec ostatnie 100 metrów drogi na szczyt. Chylimy czoło!

Na 1602 m n.p.m. hulał wiatr, więc schowaliśmy się w restauracji i przekąsiliśmy małe co nieco. Droga powrotna była zdecydowanie przyjemniejsza – bo z górki, chociaż widok ogromnej przepaści (Kocioł Łomnicki) oraz historie opowiadane przez Panią Przewodnik, o tych, którzy tam zginęli, potęgowały uczucie grozy.

Szczęśliwie dotarliśmy do schroniska, skąd udaliśmy się w kierunku wyciągu krzesełkowego. W drogę powrotną zabrali się tylko Ci, którzy nie zgubili biletu. A było fajnie, gdyż mówiliśmy „dzień dobry” ludziom jadącym z naprzeciwka, nie tylko w języku polskim. Jedynie śmietana 18% z „Piątnicy” jadąca na krzesełku nie okazała zasad dobrego wychowania, gdyż w milczeniu pojechała na Śnieżkę.

sua2

Roześmiani i dumni ze zdobycia szczytu zakupiliśmy oscypki (najlepiej smakowały te z grilla, z żurawiną, zjedzone przed obiadem).

Na ciepły posiłek wróciliśmy do „Grani”. Byliśmy niesamowicie zaskoczeni, gdy nie ujrzeliśmy na stole marchewki. Ziemniaków też nie było, jak na początku myśleliśmy. Skryły się w pierogach, razem z białym serem. A zupa była ogórkowa. Pożegnaliśmy Karpacz i udaliśmy się w drogę powrotną do Łosic.

Podczas podróży mieliśmy okazję obejrzeć bardzo interesujący filmy o zabytkach Wrocławia oraz o Skalnym Mieście, którego początku wysłuchaliśmy w kilku różnych językach. Wreszcie udało się odtworzyć go w języku polskim i wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Zobaczyliśmy te miejsca, w których byliśmy – tak stwierdził Pan Pilot. Wszyscy, zgodnie zafascynowani nimi, zasnęli.

Jak to podczas wycieczki, nie mogło się obyć bez wizyty w McDonaldzie. Szczęśliwi z powodu zaspokojenia głodu mogliśmy jechać dalej. Wspomnienia pozostawiły (nie) zabrane do autokaru McFlurry.

Około godziny 1.00 w nocy ujrzeliśmy rodziców czekających pod szkołą. Do domu było już tak niedaleko! Wróciliśmy zmęczeni, z bagażem pełnym brudnych ubrań, czekolad i niezapomnianych wrażeń. Na naszych twarzach obecny był też smutek: „Dlaczego wycieczka tak szybko minęła?”.

Kamila Domańska i Katarzyna Molicka (IB)